kalender

 

Michał Witkowski

Biografie

MICHAŁ WITKOWSKI (1975, Wrocław) is een van de meest originele stemmen uit de hedendaagse Europese literatuur. Zijn debuut Lubiewo was het literaire succès de scandale in Polen in 2005. In deze Grote Poolse Nichten Atlas (Van Gennep, 2010) tekent het alter ego van de schrijver de verhalen op van oude en jonge homo's die in het kustplaatsje Lubiewo vakantie vier(d)en. Als in de Decamerone volgen de verhalen en stemmen elkaar in een razend tempo op, en vormen de niet eerder in romanvorm vertelde geschiedenis van de homocultuur in het Polen van voor en na de val van de Muur.

Witkowski publiceerde ook de kortverhalenbundel Fototapeta (Warszawa 2006), en de romans Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna - Szczakowej (Warszawa 2007) en Margot (Warszawa 2009). Zijn nieuwe roman Drwal verschijnt in oktober 2011.
Voor zijn werk ontving Michał Witkowski de prestigieuze Gdynia literatuurprijs en de Polityka Passport Prijs, die wordt uitgereikt aan de meest prominente Poolse kunstenaars. Hij werd tweemaal genomineerd voor de Nagroda Literacka NIKE, de belangrijkste Pools literatuurprijs. Lubiewo stond op de longlist van de Best European Foreign Fiction Award. De vertaalrechten werden verkocht aan twintig landen en de filmrechten zijn in handen van een van de grootste Poolse producenten.
Ook de romans ‘Koningin Barbara' en ‘Margot' kenden een groot succes; verschillende vertalingen en twee toneelbewerkingen volgden. Witkowski speelde zelf mee in de theateradaptaties van zijn werk. Naast fictie-auteur is hij ook columnist bij het magazine Polityka.

Michał Witkowski was te gast in Brussel tijdens het Poolse Voorzitterschap van de Raad van de Europese Unie. Zijn verblijf kaderde in een uitwisseling met de Dienst Cultuur van de Poolse Ambassade in België. De Vlaamse auteur Miriam Van hee verbleef in november 2011 een maand in Krakow .

Top

Auteurstekst

Hej!

Dziwnie tak pisać, chociaż przecież nigdy się nie spotkaliśmy, wiem tylko, jak wyglądasz, bo wpisałem Twoje nazwisko w wyszukiwarce google. Domyślam się, że zrobiłaś ze mną to samo. Dzięki za list. Wszystko to prawda. O Wyspiańskim i o Krakowie. Wiem, bo spędziłem trzy misiące w Willi Deciusa, w tym smaym pobocznym budynku, a kto wie, czy nie w tym samym pokoju, co Ty. Pierwsze piętro, pokój po lewej, z łazinką i widokiem na park Deciusa. Na tym łóżku spało już naprawdę dużo polskich i zagranicznych pisarzy. Ale czy wiesz, że ja też spałem na nie lada łóżku? Czy i Ty w nim już kiedyś spałaś?

Chodzi oczywiście o International House of Literature Passa Porta w Brukseli. Jechałem tam z Warszawy pociągiem przez Niemcy, z przesiadką w Kolonii. Zaraz za nieiwidzialną granicą pomiędzy Niemcami a Francją zrobiło się kompletnie inaczej. Byłem w Belgii po raz pierwszy i w sumie przez cały pobyt nie udało mi się jej rozgryźć. Wciąż pozostawała dla mnie czym jak Szwajcaria, która w strefie niemieckojęzycznej wygląda „jak w Niemczech", francusko - „jak we Francji", a włosko „jak we Włoszech". Tu też wciąż miałem wrażenie, że nie umiem znaleźć tej belgijskiej tożsamości, że przebywam jakby na terenie pogranicznym między Francją a Holandią. Wiem, że to wszystko powierzchowne i stereotypy, w końcu byłem tylko turystą i turystyczne refleksje mnie nachodziły. Pierwsze wrażenie: nigdy nie widzialem tylu Arabów w mieście Europy Zachodniej. Drugie: jak oni się ze sobą dogadują mowiąc dwoma językami w tym samym miejscu (nie jak w Szwajcarii)? Po trzecie: mule. Wszędzie pyszne mule, a ja jestem mulojadem. Plaskie i banalne spostrzeżenie? Wybacz mi, może dlatego, że ja nie jestem dobrym obserwatorem świata, przyjechałem do Passa Porta pracować i rzeczywiście trochę pracowałem. Kończyłem właśnie nową powieść, wygadzałem ją i robiłem olbrzymie ilości kaw z doskonałego ekspresu Passa Porty. Czasami schodziłem tylko na mule, kupić coś do jedzenia w carrefourze i wracałem. Trzeba przyznać, że pierwszy raz udało mi się pracować na stypendium. Ale też nie byłem dotąd na wielu z nich, Ty pewnie opanowałaś tę sztukę już dawno. Nie miałem pracować na stypendiach, ponieważ czułem się wyrwany z mojego naturalnego otoczenia, wyrzucony w obcym kraju i mieście, gdzie wszystko w około absorbuje, a kupienie biletu na metro wymaga prawdziwego dochodzenia.

Kiedy czytam Twój list o Krakowie, myślę o Twoim postrzeganiu Polski, wydaje mi się, że byłaś w ciekawszej sytuacji: traktujesz Polskę jak obce, niemal egzotyczne państwo (którym, rzecz jasna, jest). Tymczasem ja znam Zachód aż nazbyt dobrze, mieszkałem tam całymi latami, jeździłem setki razy, niczemu nie umiem się dziwić, na nic spojrzeć świeżym okiem. To, co dostrzegam, to ulica: wielokulturowy tłum, zapach potraw orientalnych, kawy, alkoholu, arabskich sklepików, mnóstwo ludzi. Ponoć największe w Europie zaludnienie. Jak to na Zachodzie, ulica ta działa erotycznie, działa na zmysły: tu czym zapachnie, już chciałoby się to zjeść. Tu coś pięknego widzi się na wystawie, chciałoby się to kupić. Tu ktoś piękny idzie, a dodatkowo ubrany w genialne ciuchy. Zaraz znowu coś innego przyciąga moją uwagę, która w związku z tym musi się już skupić na czym innym. Jestem więc rozporoszony. Wszystko mnie kusi, ale zanim zdołam się temu przyjrzeć (co dopiero mówić o wyciągnięciu po to ręki) już co innego ciągnie mnie w inną stronę. Idę więc bombardowany bodźcami, jakby ktoś kłuł mnie załymi szpileczkami w coraz to inne miejsca. W końcu siadam w jakieś kafejce, zupełnie nie takiej, jak chciałem, i przez chwilę staram się na nic nie patrzyć, niczego nie chcieć. Od dawna wiem, że Zachodznia ulica kusi, kłuje, atakuje zmysły, ale nic nie spełnia i biada temu, kto którąś z tych pokus potraktuje poważnie, wyciągnie rękę, aby chwycić, kupić, poderwać, zjeść. Do tego Abaowie i Murzyni nadają Brukselskiej ulicy jakiś orientalnych charakter, jakby się było gdzieś bardzo daleko, na południu. Krzyczą po arabsku i francusku, zachowują się jak na targu, jak w Stambule. Na mojej ulicy mule w winie, Arabowie i sklepy z pięknymi ciuchami walczą o moją uwagę, ostatecznie dostają mi się jak zwykle tylko mule. Dobre i to. Idę poszukać grobu znanego polskiego pisarza, który niedwano umarł w Brukseli, gdzie mieszkał od końca wojny. Nie znajduję. Ponoć nawet nie ma tablicy - mówią mi uprzejme panie z Instytutu Polskiego na placu Flagely. Są miłe, chętne do pomocy, znają mnie od dawna, chcą, abym chodził z nimi na kulturalne imprezy w ramach „roku polskiego" wynikającego z Polskiej prezydencji w Unii. Chodzę. Czasem się nudzę, czasem wzruszam. Panie zabierają mnie do mieszkania jednej polskiej feministki, mieszkającej obecnie niemal w pałacu, wśród nowoczesnych dzieł sztuki znanych mi tylko z albumów. Tu nagle czuję się jak w Warszawie. Plotki literackie (polskie) i jednak wrzucony na powrót do tej polskiej mętnej wody czuję się trochę jak ryba w wodzie.

Droga! Mam nadzieję, że Cię nie zanudziłem. Piszę to właściwie do Twojego zdjęcia. Wyobrażam sobie Ciebie, gdy będziesz to czytać. Ty jesteś z protestancjkiej Europy Zachodniej, ja z katolickiej Polski. Nie jestem katolikiem, ale w mojej mentalności jest pełno najróżniejszych katolickich naleciałości. W każdym razie mam nadzieję, że trochę popracowałaś w naszym Krakowie i pomniki Jana Pawła II nie zmąciły Ci weny. Mojej na pewno przeszkadzali piękni Arabowie, ale książka i tak świetnie się udała. Może się jeszcze kiedyś spotkamy na jakimś stypendium i pójdziemy na spacer.

Życzę Ci wszystkiego dobrego w pisaniu i życiu prywatnym, o ile to rozdzielasz (ja nie).

Michał

Top

Vertaling

Lees hier de brief van Michał Witkowksi aan Miriam Van Hee en Miriam Van Hee's antwoord. Beide verschenen in De Standaard der Letteren op vrijdag 17 februari 2012.

Top
Passa Porta
29.08.11 > 26.09.11

Bookmark and Share Terug